Szanowny Czytelniku

Chcielibyśmy poinformować Cię o przetwarzaniu Twoich danych osobowych oraz zasadach, na jakich będzie się to odbywało po dniu 25 maja 2018 r., zgodnie z instrukcjami, o których mowa poniżej.

Od 25 maja 2018 r. zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane w skrócie również jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). RODO obowiązywać będzie w identycznym zakresie we wszystkich krajach Unii Europejskiej, w tym także w Polsce, i wprowadza wiele zmian w zasadach regulujących przetwarzanie danych osobowych, które będą miały wpływ na wiele dziedzin życia, w tym na korzystanie z usług internetowych. Przed przejściem do serwisu naszym celem jest zapoznanie Cię ze szczegółami stosowanych przez nas technologii oraz przepisami, które niebawem wejdą w życie, tak aby dać Ci szeroką wiedzę i bezpieczeństwo korzystania z naszych serwisów internetowych Prosimy Cię o zapoznanie się z podstawowymi informacjami.

 

Co to są dane osobowe?

Podczas korzystania z naszych usług internetowych Twoje dane osobowe mogą być zapisywane w plikach cookies lub podobnych technologiach, instalowanych przez nas lub naszych Zaufanych Partnerów na naszych stronach i urządzeniach do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu udostępniania personalizowanych treści i reklam, bezpieczeństwa oraz analizowania ruchu na naszych stronach.

 

Kto będzie administratorem Twoich danych osobowych?

Administratorami Twoich danych osobowych będzie Fratria sp. z o.o., a także nasi Zaufani Partnerzy, tj. firmy i inne podmioty, z którymi współpracujemy przede wszystkim w zakresie marketingowym. Listę Zaufanych Partnerów możesz sprawdzić w każdym momencie pod niniejszym linkiem „Zaufani Partnerzy”.

 

Po co są nam potrzebne Twoje dane?

Aby dostosować reklamy do Twoich potrzeb i zainteresowań, zapewnić Ci większe bezpieczeństwo usług oraz dokonywać pomiarów, które pozwalają nam ciągle udoskonalać oferowane przez nas usługi.

 

Twoje uprawnienia

Zgodnie z RODO przysługują Ci następujące uprawnienia wobec Twoich danych osobowych i ich przetwarzania przez nas i Zaufanych Partnerów. Jeśli udzieliłeś zgody na przetwarzanie danych, możesz ją w każdej chwili wycofać. Przysługuje Ci również prawo żądania dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, prawo do przeniesienia danych, wyrażenia sprzeciwu wobec przetwarzania danych oraz prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego – GIODO. Uprawnienia powyższe przysługują także w przypadku prawidłowego przetwarzania danych przez administratora.

 

Zgoda

Wyrażenie przez Ciebie zgody jest dobrowolne. W każdym momencie możesz również edytować swoje preferencje w zakresie udzielonej zgody, w tym nawet wycofać ją całkowicie, klikając w ustawienia zaawansowane lub wyrażając zgodę i przechodząc na naszą stronę polityki prywatności. Każde przetwarzanie Twoich danych musi być oparte na właściwej, zgodnej z obowiązującymi przepisami, podstawie prawnej. Podstawą prawną przetwarzania Twoich danych osobowych w celu świadczenia usług, w tym dopasowywania ich do Twoich zainteresowań, analizowania ich i udoskonalania oraz zapewniania ich bezpieczeństwa, jest niezbędność do wykonania umów o ich świadczenie (tymi umowami są zazwyczaj regulaminy lub podobne dokumenty dostępne w usługach, z których korzystasz na naszych stronach internetowych). Jeśli chcesz się zgodzić na przetwarzanie przez Fratrię sp. z o.o. i jej Zaufanych Partnerów Twoich danych osobowych zebranych w związku z korzystaniem przez Ciebie z naszych stron i aplikacji internetowych, w tym ich przetwarzanie w plikach cookies itp. instalowanych na Twoich urządzeniach i odczytywanych z tych plików danych, możesz w łatwy sposób wyrazić tę zgodę, klikając w przycisk „Zgadzam się i przechodzę do serwisu”. Jeśli nie chcesz wyrazić opisanej wyżej zgody lub ograniczyć jej zakres, prosimy o kliknięcie w „Ustawienia zaawansowane”. Wyrażenie zgody jest dobrowolne.

 

Dodatkowe informacje dotyczące przetwarzania danych osobowych oraz przysługujących Ci uprawnień przeczytasz na „Polityce prywatności”.

 

 

 

Close

Ustawienia zaawansowane

Aby dostosować reklamy i treści do Twoich potrzeb i zainteresowań, zapewnić Ci większe bezpieczeństwo usług oraz dokonywać pomiarów, które pozwalają nam ciągle udoskonalać oferowane przez nas usługi, podczas korzystania z naszych usług internetowych Twoje dane osobowe mogą być zapisywane w plikach cookies lub podobnych technologiach instalowanych przez nas lub naszych Zaufanych Partnerów na naszych stronach i urządzeniach do zbierania i przetwarzania danych osobowych.

 

 

 

 

Zgadzam się na przechowywanie w moim urządzeniu plików cookies, jak też na przetwarzanie w celach marketingowych, w tym profilowanie, moich danych osobowych pozostawianych w ramach korzystania oferowanych przez Wydawnictwo Fratria sp. z o.o. oraz zaufanych partnerów usług Wydawnictwa. Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych w ramach korzystania z oferowanych przez Wydawnictwo Fratria zaufanych partnerów usług. Pamiętaj, że wyrażenie zgody jest dobrowolne.

 

Dodatkowe informacje dotyczące przetwarzania danych osobowych oraz przysługujących Ci uprawnień przeczytasz na Polityce prywatności.

 

 

 

FacebookSzukaj

Partnerzy serwisu

Partnerzy serwisu

Bitwy i wojny

Wydanie nr 5/2019

Wywieźć, zabezpieczyć i ukryć! - Historie ratowania wielkich skarbów kultury polskiej

Rozśpiewał Polskę i zachwycał na scenie - Stanisław Moniuszko

Niezwykły kościół, niezwykli ludzie - dzieło ks. prałata Marcelego Godlewskiego

Kat w sutannie - tragiczny mord w rezydencji metropolity

Pokaż pełen spis zawartościKup e-wydaniePrenumerata
Göring, zdjęcie z 1932 roku, fot. Wikimedia Commons

Jak Goering został Meyerem

Bitwa o Anglię, największe w dziejach starcie lotnicze, to nie tylko boje walecznych asów przestworzy, ale może nawet bardziej pojedynek myśli wojskowej i technologii. I wynik zupełnie nie był przesądzony…

Andrzej Rafał Potocki

22 czerwca 1940 r. świat obiegła piorunująca wiadomość. O godzinie 18.50 gen. Wilhelm Keitel, reprezentujący stronę niemiecką, i gen. Charles Huntziger, w imieniu Francji, podpisali w Compiègne układ o separatystycznym zawieszeniu broni – wbrew warunkom obowiązujących układów sojuszniczych z Wielką Brytanią i Polską. Francja padła. Klęskę sojusznika skwitował z typowym dla siebie sarkazmem premier Winston Churchill: „Godnym zastanowienia jest fakt, że nasi przyjaciele prędzej umierają niż nasi wrogowie”.
Anglia pozostała osamotniona ze swoją silną flotą i nowoczesnym lotnictwem, sprytnie oszczędzanym od momentu rozpoczęcia wojny. Wodzowi III Rzeszy Adolfowi Hitlerowi kontynuowanie wojny z Brytyjczykami wcale nie było na rękę. Zamiast planować desant na Wyspy Brytyjskie wolałby podpisać separatystyczny układ pokojowy. Ale administracja premiera Winstona Churchilla była nieprzejednana. 4 czerwca 1940 r. w przemówieniu w Izbie Gmin szef rządu przy Downing Street 10 wygłosił znamienne słowa: „Będziemy walczyć na plażach, na polach, na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach; nigdy się nie poddamy…”.


Na takie dictum Hitler nakazał blokadę Wysp Brytyjskich, ataki Kriegsmarine na bazy marynarki wojennej i okręty, minowanie szlaków morskich oraz podejść do portów, ale przede wszystkim – wywalczenie przewagi w powietrzu celem przygotowanie inwazji (operacja „Lew Morski”). Niemcy wiedzieli, że kluczem do zwycięstwa jest najpierw pokonanie brytyjskich sił powietrznych (Royal Air Force – RAF), a następnie osłabienie Królewskiej Marynarki (Royal Navy) na tyle, żeby można było przeprawić Wehrmacht przez kanał La Manche i ostatecznie pokonać Brytyjczyków na ich terenie. Problem polegał jedynie na tym, że biorąc pod uwagę liczebność i stan wyposażenia technicznego oraz, a może nawet przede wszystkim, doktrynę, według której działało lotnictwo niemieckie, szanse na osiągnięcie choć jednego z tych celów wydawały się znikome.


Przeciwnicy: siły brytyjskie

 

Anglicy ocknęli się dopiero w 1935 r., kiedy premier Anthony Eden odwiedził hitlerowskie Niemcy i zobaczył, na co się zanosi. Rząd w Londynie wpadł w panikę i natychmiast zaczął rozkręcać przemysł zbrojeniowy, głównie lotniczy, który po I Wojnie Światowej uległ zapaści. Do tej pory cała produkcja samolotów skupiona była w 17 firmach lotniczych, na rzecz których pracowało 30 tys. ludzi. Możliwości wytwórcze wszystkich zakładów oscylowały wokół tylko 100 samolotów miesięcznie. Niewiele. W końcu na lotnictwo wydawano jedynie 20 mln funtów szterlingów rocznie.


Teraz wskaźnik ten zaczął się gwałtownie rosnąć. I tak w latach 1935/1936 wyniósł on 31mln funtów; w roku 1937/1938 – 88,5 mln funtów, by w 1938/1939 osiągnąć 134,5 mln, a w latach 1939/1940 aż 220,5 mln. Dzięki tym zmianom produkcja samolotów w roku 1938 oscylowała już wokół 260-300 sztuk miesięcznie, a w roku 1939 sięgnęła 400 samolotów. Nowoczesne konstrukcje myśliwskie takie jak Hawker Hurricane i Supermarine Spitfire dorównywały niemieckim maszynom myśliwskim i stanowiły poważne zagrożenie dla rajdów bombowych, które wykonywała Luftwaffe.


Bardzo istotną zmianą wprowadzoną w 1937 r. z inicjatywy ówczesnego ministra obrony sir Thomasa Inskipa było przestawienie fabryk na produkcję myśliwców, które były tańsze w produkcji od bombowców. Zarzucono jednocześnie ofensywną doktrynę użycia sił lotniczych na rzecz defensywy. Jednak w roku 1938 gotowość wojenną osiągnięto jedynie w 40 procentach. Anglicy walczyli dosłownie o każdą godzinę odwleczenia konfliktu w Europie (stąd wzięły się również haniebne ustępstwa w układzie monachijskim, skutkujące rozbiorem Czechosłowacji), zdając sobie sprawę z faktu, iż za późno zakasali rękawy, by właściwie przygotować się do wybuchu wojny z Niemcami. W sumie, według szacunkowych danych, wobec 1080 niemieckich myśliwców i 1260 średnich bombowców oraz 320 nurkujących Ju-87 Stuka Brytyjczykom udało się wystawić 754 samoloty myśliwskie jednomiejscowe i 149 dwumiejscowych. Duże nadzieje dowództwo RAF-u pokładało w broni najnowszej generacji jaką był radar, wyszkoleniu załóg oraz walce nad własnym terytorium.


Przeciwnicy: siły niemieckie

 

Ale i Luftwaffe miało problemy. Tacy dowódcy jak as myśliwski Adolf Galland, którzy mieli otwarte głowy i poznali arkana nowoczesnej wojny, już wtedy dostrzegali kardynalne błędy w niemieckiej doktrynie walki powietrznej. Odpowiedzialni za nie byli feldmarszałek Hermann Goering (dowódca Luftwaffe) i jego poplecznicy siedzący „przy spuście”. Niegdyś asy dwu i trójpłatowców I Wojny Światowej nie mieli przez 15 lat kontaktu z szybkim rozwojem techniki. W tym myśleniu popierał ich sam führer, zwolennik wojny ofensywnej, opartej o koncepcje włoskiego generała lotnictwa Giulio Douheta, którymi był zresztą zafascynowany. Głosił on prymat zdruzgotania przeciwnika z powietrza zmasowanymi nalotami, przez co koncepcja strategiczna Luftwaffe opierała się na bombowcach. Efekty działań w Polsce i Francji jeszcze utwierdziły Hitlera w tym przekonaniu.


W 1940 r. z 6618 samolotów bojowych jakimi dysponowała Luftwaffe tylko jedna czwarta, a mianowicie 1693 maszyny były myśliwcami. Ich miesięczna produkcja na początku 1940 r. wynosiła tylko 125 sztuk miesięcznie. Dla porównania w 1944 r. przemysł niemiecki był w stanie wypuszczać 2500 myśliwców. Również kadrowo broń ta została zepchnięta na drugi plan. Najlepszych pilotów kierowano do bombowców, a kiedy sformowano eskadry nurkujące Stukasów „stan osobowy pilotów myśliwskich przeżył nowy upust krwi” – jak pisał gen. Galland. W dodatku zamiast modyfikować doskonałą maszynę myśliwską, jaka niewątpliwie był Messerschmitt Bf-109, do lotów dalekiego zasięgu, wyprodukowano dwusilnikowego Me-110. Choć latał na duże dystanse, był ociężały, wolno przyspieszał i miał poważne problemy ze zwrotnością. Trochę na wyrost nazwano go niszczycielem. W rzeczywistości stanowił stosunkowo łatwy cel dla brytyjskich Spitfire’ów, gdyż był wolniejszy o 100 km/godz.


Przeciwnicy: Spitfire i Hurricane vs Messerschmitt 109

 

Do dziś trwa dyskusja „o wyższości Spitfire’a nad sto dziewiątką” i odwrotnie. Po 80 latach od czasu Bitwy o Anglię spór wydaje się być dalej nierozstrzygnięty. Zacznijmy więc od maszyny brytyjskiej. Zaprojektowany w wytwórni Supermarine pomiędzy 1931 a 1935 rokiem, kiedy nadano mu nazwę „Choleryk”, czyli Spitfire. Samolot był w locie nadzwyczaj zwrotny, a przy tym łatwy w pilotażu. Maszyna miała potężną siłę ognia; była uzbrojona w 4-8 kaemy Browning 7,7 mm i dwa działka 20 mm. Ogółem wyprodukowano 1566 samolotów tej wersji. Napędzał je silnik Rolls-Royce Merlin II o mocy 1030 KM pozwalający osiągnąć prędkość 560 km/h (771 m/min wznoszenia). Spitfire miał jedną podstawową wadę. Przez konstrukcję gaźnika nie mógł pracować przy ujemnych przeciążeniach, co z kolei odbijało się na zdolnościach manewrowych samolotu. Innymi słowy przy ostrym nurkowaniu silnik się dławił. Dlatego alianccy piloci preferowali walkę kołową w płaszczyźnie poziomej, a Niemcy z kolei dzięki wtryskowi paliwa w silniku Me-109 lepsi byli w manewrach w pionie. Spitfire’y uciekały półbeczką zakończoną półpętlą w bok, a piloci „sto dziewiątek” gnali za nimi, obracając się po osi poprzecznej z wytrzeszczonymi od przeciążeń oczyma.


Hawker Hurricane był mało nowoczesną konstrukcją, ale nadal pozostawał bardzo wartościową i zwrotną maszyną, zdolną stawić czoła Messerschmittom Bf-109. Główną zaletą Hurricane’ów był bardzo dobry silnik Rolls-Royce, ten sam co w Spitfire. W dodatku użyta zamiast gaźnika sprężarka tej jednostki napędowej pozwalała na osiągnięcie na niższym pułapie większej mocy od silnika Daimler-Benz DB 601, w który wyposażone były Messerschmitty Bf-109. Hurricane rozwijał prędkość o 40 km mniejszą od Spitfire’a (wznoszenia 838 m/min) przez co swymi ośmioma kaemami 7,7 mm atakował głównie formacje bombowców, walkę z myśliwcami wroga pozostawiając Spitfire’om. Jednak w Bitwie o Anglię to Hurricane stanowił 75 proc. siły myśliwskich dywizjonów RAF-u i to na tym typie maszyny latali w 1940 r. Polacy.


Ich przeciwnikiem był uzbrojony w 2-4 kaemy i dwa działka 20 mm w skrzydłach (wersja E-3) Messerschmitt Bf-109 w wersji E (Emil). Opcjonalnie dodawano mu także bardzo skuteczne (bo łatwe w celowaniu) dodatkowe działko 20 mm strzelające poprzez wał i piastę śmigła z zapasem 20 sztuk naboi. „Sto dziewiątka” rozwijała prędkość 550 km/h (prędkość wznoszenia to 900 m/min!). Jej silnik o mocy 1100 KM miał bezpośredni wtrysk paliwa, co pozwalało na utrzymanie obrotów podczas przeciążeń i lotów odwróconych. Piloci mogli narzekać tylko na jedną rzecz. Zbyt mały zapas paliwa w tej maszynie.


Starcie – pierwsza faza

 

Niemcy mieli wybór pomiędzy trzema koncepcjami pokonania Anglii: totalną blokadą wysp, inwazją lub metodą Douheta – zmasowanych bombardowań. Dla Hitlera wojna przeciwko Wielkiej Brytanii była złem koniecznym i sam nie wiedział, jaką koncepcję ostatecznie wybrać. Nie znajdował również oparcia w swoim szefie lotnictwa marszałku Goeringu, który niczym mantrę powtarzał: „No to zrobię to moją Luftwaffe”.


Tzw. fazę wstępną rozpoczął niemiecki atak na brytyjskie konwoje w kanale La Manche. Wywabieni znad swojego terytorium Anglicy szybko zorientowali się, że toczenie walk nad morzem jest pozbawione większego sensu. Piloci ginęli bezpowrotnie w zimnych falach (Niemcy mieli lepsze ratownictwo morskie) razem ze swoimi strąconymi maszynami. By w przyszłości uzupełniać nieuchronne straty Fighter Command (Dowództwo Myśliwskie) zarządziło szkolenie załóg cudzoziemskich: Polaków, Czechów i Kanadyjczyków. Brytyjczycy wyciągnęli jeszcze dwa wnioski. Po pierwsze, ich system obrony powietrznej, działający w oparciu o sieć nabrzeżnych stacji radiolokacyjnych, niezbyt dobrze sobie radził z odpowiednio szybkim uruchamianiem myśliwców. Po drugie ciasny szyk formacji, w którym latali kompletnie się nie sprawdził. Piloci bardziej pilnowali odległości pomiędzy maszynami zamiast obserwować niebo. Niemcy, podobnie jak doświadczeni w walce Polacy, latali swobodnie w dwóch parach niczym koniuszki palców rozczapierzonej dłoni, a brytyjską formację nazywali „Idiotenreihe” („rząd durniów”). Ale na tym polegała właśnie pierwsza faza, w której przeciwnicy niczym bokserzy skaczą wokół siebie nie zadając silnych ciosów tylko badając mocne i słabe strony przeciwnika.


8 sierpnia Niemcy rozpoczęli pierwszą fazę ataku. Według założeń formacje bombowców miały zająć się niszczeniem lotnisk oraz dowolnie wybranych celów militarno-przemysłowych z pominięciem Londynu. Samoloty nurkujące atakowały sieć stacji radiolokacyjnych ustawionych wzdłuż wybrzeża, a rola myśliwców sprowadzała się do osłony wypraw i niszczenia maszyn przeciwnika. Był tylko jeden problem. W powietrzu na ogół wygrywał ten, kto miał przewagę wysokości i atakował od słońca. Większość spotkań miała na pułapie od 7000 do 9000 metrów nad ziemią. Startujące z Pas de Calais i półwyspu Cotentin Bf-109 po osiągnięciu tego pułapu nad brzegami Dover miały paliwa tylko na 20 minut zadań bojowych. Zasięg działania wyniósł tylko 200 km i obejmował w zasadzie tylko pd-wsch Anglię. Messerschmitty przypominały wiejskie psy, który mogły kąsać, ale tylko na długość swojego łańcucha. W dodatku w nalotach kompletnie nie sprawdziły się bombowce nurkujące Ju-87 Stuka, które nadlatywały nad cel pojedynczo, wychodząc z szyku. Po zrzuceniu ładunku i wyjściu z nurkowania stawały się łatwym łupem Spitfire’ów i Hurricanów.


Jednak taktyka niszczenia lotnisk powoli zaczynał przynosić efekty. Straty były duże i do akcji Fighter Command musiało rzucić dywizjony cudzoziemskie, w tym słynny polski „Kościuszkowski” 303. Choć wszedł do walki dopiero w ostatniej fazie Bitwy o Anglię (30 sierpnia) osiągnął najwyższy wskaźnik trafień – 59,8 pewnych. Na drugim miejscu uplasował się angielski 603 z 57,8 zwycięstw.
Jakie były powody spektakularnych sukcesów polskich lotników? Przede wszystkim świetne wyszkolenie. Podczas treningów w kraju Polacy np. nalatywali na siebie od czoła, by w ostatnich dziesiątkach sekundy wykonać unik lub ćwiczyli szyk łącznie ze startem i lądowaniem mając połączone skrzydła trzymetrową liną. Po drugie podczas wrześniowych starć musieli atakować przeciwnika z bliska ponieważ słabe uzbrojenie (2 kaemy) ich PZL-i 11 c czyniło strzelanie do Bf-109 z daleka bezsensownym. Dzięki temu jako pierwsi zastosowali najskuteczniejszą taktykę, której autorstwo przypisywali sobie później niemiecki as mjr. Erich Hartmann czy sowiecki as, późniejszy marszałek lotnictwa Aleksander Pokryszkin - otwierania ognia z jak najbliższego dystansu.


Starcie – druga faza

 

Kto wie jak potoczyłyby się losy II Wojny Światowej gdyby Niemcy konsekwentnie stosowali strategie niszczenia brytyjskiej naziemnej infrastruktury RAF. Jednak 6 września jeden z bombowych Heinkli zrzucił przypadkiem (nocą) swój ładunek na Londyn. W odwecie Anglicy dokonali pierwszego nalotu na Berlin. Spełnił się koszmar Hermanna Goeringa, który zapowiedział: „Jeżeli chociaż jedna bomba spadnie na Berlin, możecie mnie nazywać Meyerem”. Meyer to taki niemiecki odpowiednik naszego Nowaka czy Kowalskiego. Wściekły Hitler wraz ze swoim marszałkiem lotnictwa błyskawicznie zmienili strategię i nakazali z zemsty zrównać Londyn z ziemią. Stery dowodzenia kampanią przejął osobiście Goering vel „Meyer”. Brytyjczycy odetchnęli z ulgą. Teraz mieli spokój na lotniskach i całą Luftwaffe w jednym miejscu, dosłownie „na widelcu”.


Po tygodniu zmasowanych nalotów (w jednym brało udział aż 1000 bombowców) w stolicy Anglii zginęło 2 tys. cywilów a 10 tys. zostało rannych. 15 września Goering przygotował wielki nalot, który miał się przyczynić do przełomu w bitwie. Niemiecki atak odpierało aż 31 dywizjonów myśliwskich, w tym dwa polskie: 302. i 303. Tego dnia zestrzelono 61 samolotów wroga, tracąc 16 pilotów i 26 maszyn. Dzień uznaje się za przełomowy w bitwie o Anglię. Był to jednak zupełnie inny przełom, niż oczekiwał Goering. Dwa dni później Hitler był zmuszony przesunąć datę rozpoczęcia operacji „Lew Morski” na czas nieokreślony. Bitwa o Anglię zaczynała wygasać, by definitywnie zakończyć się 31 października 1940 r.


Luftwaffe straciło 1733 samoloty, a RAF 1087. W wyniku bombardowań śmierć poniosło 27 450 cywilów, a 32 138 zostało rannych. Osamotniona Wielka Brytania się obroniła, a marszałka niemieckich sił powietrznych Hermanna Goeringa do dziś Niemcy nazywają Meyerem. Nie mogą mu tego zapomnieć.

 

KUP E-WYDANIE